Dlaczego, gdy myślimy o powrocie do pracy po urlopie macierzyńskim od razu stawiamy siebie w gorszej pozycji od innych przedsiębiorczych kobiet? 
Dlaczego wmawiamy sobie, że ta przerwa w pracy była niekorzystna dla naszej kariery i że często musimy zaczynać od zera?
Dlaczego nie potrafimy czerpać radości z każdego etapu naszego życia i po prostu „nażywać się”? 

Z tymi pytaniami przyszłam do Marty, która opowiedziała mi o swoich doświadczeniach z łączeniem macierzyństwa z pracą zawodową. Usłyszałam nie tylko jej poruszającą historię macierzyństwa bez lukru, ale też jakie lekcje Marta wyciągnęła z macierzyństwa i przełożyła na życie zawodowe, czym jest to tajemnicze „nażywanie się” i jak zacząć na poważnie traktować swoje życie, aby czuć się szczęśliwą i spełnioną? 

To ciepła, niezwykle mądra rozmowa, do której wysłuchania serdecznie Cię teraz zapraszam!


Nagranie podcastu

Psycholożka, coach’yca i towarzyszka

Katarzyna Mrzygłód: Cześć, Marta! Jest mi szalenie miło, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać. Na początku rozmowy powiedz, proszę, parę słów o sobie, żeby wszyscy wiedzieli, kim jesteś, czym się zajmujesz.

Marta Iwanowska-Polkowska: Witam was bardzo serdecznie. To pytanie zawsze mnie zatrzymuje, dlatego że pierwsza odpowiedź, która mi przychodzi do głowy, to, że jestem przede wszystkim człowiekiem. A nawet człowieką, bo zależy mi bardzo na żeńskich końcówkach, nazwach. Jestem człowieką, jestem kobietą, osobą wrażliwą, a jednocześnie coraz bardziej odważną, ale też takim człowiekiem, który sobie coraz częściej daje zgodę na jakąś niedoskonałość. Zawodowo mówię o sobie, że jestem towarzyszką, ponieważ towarzyszę innym, w szczególności kobietom, w odważnym urzeczywistnianiu swojego ja, w odważnym podejmowaniu wyzwań. Prowadzę warsztaty, programy rozwojowe o pięknej nazwie „be BRAVE & play BRAVE”, które są o odwadze, ale też o odwadze połączonej z zabawą i wyrozumiałością dla siebie. Z wykształcenia jestem psycholożką i coachycą. A prywatnie jestem mamą. I jeszcze powinnam to dodać – jestem autorką książki „Nażyć się”.

KM: Dokładnie – będziemy o tej książce na pewno dzisiaj rozmawiać. Ale na początku chciałam tylko powiedzieć, że brałam udział w twoich warsztatach „be BRAVE & play BRAVE” i bardzo dużo zmieniły w moim postrzeganiu siebie, w odważnym życiu i rozwijaniu się w różnych obszarach. Bardzo ci dziękuję za te warsztaty i oczywiście gorąco je polecam i zachęcam inne kobiety, żeby wzięły w nich udział – chyba najbliższa edycja będzie na początku kwietnia, tak?

MI-P: Tak, ruszamy pierwszego kwietnia, a kolejna edycja będzie w październiku – w tym roku odważam się zrobić dwie edycje, ale zobaczymy, jak w tych okolicznościach to się uda. Natomiast ta kwietniowa na pewno rusza. Choć grupa jest dosyć mała, to jednak kobiety, które się zapisały, powiedziały głośno i chóralnie, że bardzo tego potrzebują, żeby się spotkać, i postanowiłam już nie kontynuować sprzedaży, skupić się na tych dziewczynach, które są i zrealizować ten program. Oczywiście, jak ktoś chce dołączyć, to zapraszam. 

Macierzyństwo bez lukru – historia Marty

KM: Ja też bardzo zachęcam i polecam. Jakiś czas temu obejrzałam twoje wystąpienie na YouTube, które było z jakiejś konferencji, bodajże z 2016 roku. Pamiętam, że mi je wysłałaś w kontekście moich zmagań z macierzyństwem, godzeniem macierzyństwa z pracą na swoim. Opowiadałaś o swoim macierzyństwie bez lukru. Ta historia bardzo mocno mnie wtedy poruszyła i jeśli się zgodzisz, to chciałabym cię poprosić, żebyś ją opowiedziała. Wiem, że może być ciężko w kilku zdaniach, ale gdybyś trochę streściła historię swojego macierzyństwa bez lukru w kontekście zawodowym – jak to macierzyństwo wpłynęło na twoją pracę zawodową, jakie miałaś wyobrażenia, przekonania, a jak to wyglądało w rzeczywistości.

MI-P: Zacznę od tego, że moi synowie aktualnie mają 12 i 14 lat, więc początek mojego macierzyństwa był parę lat temu. I mam wrażenie, że to był taki czas, kiedy macierzyństwo się przedstawiało jako coś bardzo lukrowanego. I to niestety sprawiło, że z takim oczekiwaniem weszłam w macierzyństwo – miałam przekonanie, że to się po prostu dobrze ułoży, zwłaszcza że (i opisuję to też w książce) wcześniej, zanim moi synowie zaczęli się rodzić, życie już mnie wystarczająco mocno pokopało – zmarła moja mama i przy okazji nastąpił bardzo trudny czas w naszej rodzinie. Miałam taką fantazję, że jak już urodzę dzieci, to zacznie się taki dobry czas w moim życiu. A że jeszcze social media w tamtych czasach kreowały wizję macierzyństwa jako czegoś zajebiście pięknego, to ja w to uwierzyłam.

I jak to sama ujmuję teraz w książce, zbudowałam sobie takie wyobrażenia będące jak bardzo wysoka góra, z której potem spadłam. A im góra wyższa, tym upadek dłuższy, spektakularny i bardziej bolesny. Moje macierzyństwo, z punktu widzenia faktów, było dlatego bez lukru, że przede wszystkim okazało się, że mój syn starszy nie jest najłatwiejszym „obiektem” do opiekowania się. Był dzieckiem wysoko wrażliwym, dzieckiem, które bardzo dużo płakało i bardzo mało spało. I ja w tym wszystkim kompletnie nie potrafiłam sobie z tym radzić i nawet jak sięgałam po pomoc, to często tej pomocy nie dostawałam.

To był jeszcze taki czas, kiedy naprawdę ogromną odpowiedzialność za jakieś trudności z dzieckiem zrzucano po prostu na matkę. Nawet prosząc o pomoc, uczyłam się, że jej raczej nie dostaję i to, że nie ogarniam mojego syna, to jest moja wina. Myślę, że każda matka, która to usłyszy, pomyśli, że to jest naprawdę beznadziejne uczucie.

Wiele lat później się okazało, że mój syn po prostu (albo aż) ma zespół Aspergera i jego wyzwania związane z sensorycznością, wrażliwością były specyficzne dla jego układu nerwowego, ale nie były typowe i mogłam sobie z nimi nie radzić. Tylko ja tego jako młoda mama nie usłyszałam.

Obok tego wszystkiego bardzo szybko zaszłam w drugą ciążę. Na szczęście mój drugi syn okazał się łatwiejszym „egzemplarzem” i to dodało mi sił, zaczęłam wierzyć w siebie, myślałam, że „Boże, jestem w stanie ogarnąć to drugie dziecko, ono śpi, je i się uśmiecha, i nie płacze non stop”. To mi dodało trochę wiatru w żagle, ale jednak połączenie dwójki maluchów nie było łatwe.

Przechodząc do tego kontekstu, który jest ważny, w tym czasie ciągle byłam aktywna zawodowo jako przedsiębiorcza kobieta. Zawsze trochę pracowałam na swoim, nawet jak przed urodzeniem dziecka pracowałam dla firmy szkoleniowo-doradczej, to się wiązało z samozatrudnieniem. Zawsze byłam tą kobietą, która musiała być za siebie i swój dochód odpowiedzialna. Jak moje dzieci były małe, to zaczęłam pracę na część etatu, ale generalnie pracowałam na swoim, miałam swoją firmę i to było bardzo trudne do połączenia. Im trudniej mi było w macierzyństwie, tym bardziej chciałam to sobie zrekompensować zawodowo, żeby mieć poczucie wpływu i sprawstwa. A przy tak trudnych dzieciach i przy tym macierzyństwie bez lukru, było to po prostu, nazwijmy to po imieniu, cholernie trudne do połączenia i wycieńczające dla mnie.

Lekcje z łączenia macierzyństwa z prowadzeniem własnego biznesu

KM: To godzenie macierzyństwa z pracą zawodową przy dzieciach, które są mniej wymagające, jest nadal trudne, a u ciebie to było jeszcze większe wyzwanie. Powiedz, jak sobie z tym poradziłaś? Może pewnie nie od razu, ale z perspektywy czasu, jakie lekcje wyciągnęłaś z tego okresu macierzyństwa i łączenia go z pracą zawodową – czy one pomogły ci później w biznesie, czy też nie.

MI-P: To bardzo ciekawe dla mnie pytanie, Kasiu, bo mam wrażenie, że lekcje wyciągam teraz, a wtedy nie potrafiłam ich wyciągnąć – byłam tak mocno w działaniu i w przekonaniu, że muszę dać radę, w silnym zaangażowaniu w wychowanie moich dzieci, że w ogóle tych lekcji nie potrafiłam dostrzec. To wiąże się też z tym, że mój mąż wtedy miał pracę związaną z bardzo dużą liczbą delegacji – potrafił być poza domem trzy dni w tygodniu. A dodam, że moja mama zmarła, ojciec jeszcze w początkach mojego macierzyństwa żył, ale układał sobie życie po swojemu, moja teściowa nigdy za bardzo się nie wyrywała do pomocy – usłyszałam „Ja wychowałam czwórkę dzieci, ty masz dwójkę, musisz sobie poradzić”.

KM: Mocne.

MI-P: Tak, mocne. Nawet jakbym chciała po tę pomoc sięgać, to było trudno, więc byłam cały czas przy tych dzieciakach. Wtedy słabo wyciągałam te lekcje i uśmiecham się, ale mówię to z dużym żalem do siebie. Natomiast to, co mi wtedy jako tako pomagało, to przede wszystkim zaczęłam sobie stopniowo dawać zgodę na to, że nie jestem tą samą Martą, którą byłam, zanim urodziłam dzieci. To, co i ile będę teraz dostarczać, albo wielkość dochodów, które będę dostarczać, będą inne niż to, co było przed narodzeniem dzieci.

W pierwszą ciążę zaszłam w takim momencie, że gdyby nie ona, to byłabym HR-ówką w korporacji i to jeszcze za granicą, bo dostawałam takie oferty pracy jako trenerka, występowałam na konferencjach i zarabiałam taką kasę, jakiej nigdy później już nie zarabiałam. A dzieci mi to wszystko ode… no właśnie „odebrały” – te słowa same się pojawiają, ale ja bardzo chciałam być mamą, bardzo skrupulatnie też planowałam ciążę, tylko naprawdę myślałam, że to będzie wszystko prostsze.

Zmierzam do tego, że przełomowy dla mnie moment był taki, kiedy zaczęłam sobie dawać zgodę na to, że teraz będzie inaczej, że nie jestem w stanie działać na takich obrotach, na takiej energii, z taką skutecznością, jak działałam wtedy, kiedy moich dzieci jeszcze nie było. Mimo tych sytuacji kiedy nie dostawałam wsparcia, to jednak byłam uparta w proszeniu o nie i szukaniu go, i w przyznawaniu się do tego, że jest mi źle. To jest na szczęście coś, co wyniosłam z domu rodzinnego – że przyznajemy się do tego, kiedy potrzebujemy pomocy. I mimo że dostałam kilka razy w twarz takie plaskacze na początku macierzyństwa, to byłam nieustępliwa i to mi pomagało.

Dodatkowo pomagało mi to, że – i to jest twój temat, Kasiu, związany z budowaniem marki – zauważyłam, że nawet jeżeli tej pracy, realnych projektów, a w związku z tym wystawionych faktur nie ma tak dużo, jak bym chciała, to mam wpływ na budowanie swojej marki. Wtedy już zaczynałam przygody z blogowaniem, social mediami. Może gdybym bardziej się w to zaangażowała, to dzisiaj byłabym w innym miejscu. Ale to były inne czasy, w związku z tym nawet jak zaczynałam blogować, to wszyscy się z tego śmiali wśród przyjaciół, znajomych i rodziny. Ale nawet jeżeli ta praca nie jest taka, jak bym chciała, to przynajmniej mogę chociaż budować swoją markę, budować znajomych, wiedzę merytoryczną (nie chcę powiedzieć, że to był nieszczery wizerunek, bo on był zawsze szczery i prawdziwy).

I w pewnym momencie się zorientowałam, że np. dla moich sąsiadów ja, będąca w domu z dziećmi, byłam kojarzona jako żona przy mężu – moi sąsiedzi myśleli, że ja w ogóle nie pracuję, a pracowałam, tylko że z domu. Zaś moi klienci słysząc, że mam termin na za dwa tygodnie, myśleli, że jestem tak bardzo zapracowana, a to był pierwszy wolny termin uwzględniający harmonogram wyjazdów mojego męża i to, że on mógłby się zająć dziećmi.

Potem jeszcze oczywiście weszła niania. To mnie nauczyło, że mogę trochę odczepić się od tego, co myślą inni i trochę kreować to, co bym chciała, żeby myśleli; uwalniać się od krytyki, ale dbać też o to, żeby być w tym szczerą, prawdziwą i autentyczną. Nikt do końca nie wie, ile mnie ta praca i łączenie tej pracy z macierzyństwem kosztuje, bo dopóki o tym nie powiem, nie będę tego ujawniać i do tego się przyznawać, to się nie dowiedzą. Chodzi o to, że zaczęłam się naprawdę dystansować od tego, co pomyślą o mnie inni, bo dopisywali do mnie różne historie, na które nie miałam wpływu – jedne były wspierające, drugie podcinające skrzydła. Ale dystans do tego zaczął mnie budować, budować we mnie siłę.

KM: Zastanawiam się, bo powiedziałaś, że wtedy ciężko było ci wyciągnąć jakieś lekcje, ale czy widzisz jakieś swoje zachowania, nawyki, które masz teraz, a kiedyś ich nie zauważałaś, a które pomagają ci rozwijać swoją markę. To, co powiedziałaś o swojej marce, jest też szalenie ważne. Nawet jeśli jesteśmy na takim etapie życia, że po prostu nie możemy, nie mamy tyle zasobów, siły, energii, czasu, żeby robić duże kampanie sprzedażowe, to zawsze jesteśmy w stanie tę markę osobistą budować na tym, czym aktualnie żyjemy i to też jest autentyczne i bardzo potrzebne naszej marce. Jeżeli budujemy markę w oparciu o swój wizerunek, o siebie, to pokazywanie siebie nie tylko od takiej strony „Ja wszystko dopinam, wszystko jest na najwyższym poziomie i zawsze dostarczone na czas”, tylko pokazywanie siebie też od takiej ludzkiej strony, gdzie czasem coś nie domaga, to też jest wartościowe. Wracając do pytania – czy teraz widzisz jakieś efekty swojej wieloletniej pracy, łączenia macierzyństwa z biznesem.

MI-P: W tamtym okresie to, na co miałam wpływ, to na budowanie autentycznej marki przy jednoczesnym dystansowaniu się do tego, że i tak nie mam wpływu na to, co kto o mnie pomyśli i nie może to być jedynym determinantem mojego sukcesu, czy jedyną rzeczą, o którą chcę walczyć. Przejmowanie się tym, co myślą o nas wszyscy, jest po prostu zgubne, musimy bardzo mocno selekcjonować to, czyją opinią się przejmujemy. A ta autentyczność powinna być najważniejszą wartością przy budowaniu marki, przynajmniej dla mnie jest.

Ale jak pytasz tak z perspektywy czasu, jakich lekcji wtedy nie widziałam, a jakie dzisiaj biorę dla siebie, to po pierwsze taka myśl, żeby się nie kopać z koniem, i na pewno nie kopać się z koniem 365 dni w roku. Chodzi o to, że będąc mamą i prowadząc biznes, doświadczysz takich okresów czy momentów w życiu, kiedy naprawdę trzeba biznes rzucić w cholerę i zająć się rodziną – szczególnie kiedy dzieci są małe. Ja nie umiałam zostawić biznesu w takich momentach i zawsze próbowałam cisnąć i biznes, i macierzyństwo, nawet kiedy w tym macierzyństwie było bardzo trudno.

W pewnym momencie się opamiętałam, na szczęście, i to jest jedna z najważniejszych lekcji – uznałam, że nawet jak jestem osobą niezwykle wytrwałą, upartą i skuteczną, to są momenty, kiedy muszę nauczyć się odpuszczać i zająć się przede wszystkim tym, co jest dla mnie najważniejsze, czyli rodziną, zdrowiem etc., bo koszty tego uporu dotyczą stricte i wyłącznie mojego zdrowia. Po prostu zdrowotnie zaczęłam za to ciśnięcie płacić zbyt dużą cenę.

Nauczyłam się odpuszczania, takiego świadomego decydowania o tym, że już na wszystko nie mam siły, teraz moja rodzina mnie potrzebuje, teraz jest taki czas, kiedy muszę się skupić na nich (muszę i chcę, bo to jest zgodne z moimi wartościami). Zauważyłam, że są takie etapy, kiedy moja uwaga na rodzinę jest większa – to zawsze jest wrzesień i początek roku szkolnego, to są zawsze okolice świąt, kiedy dzieci są już bardzo zmęczone szkołą, a jeszcze temu towarzyszy przygotowanie do świąt i duży zapiernicz w branży szkoleniowo-doradczej, w której pracuję. Tutaj trzeba być uważną. Etapem było też to, kiedy dzieci chorowały. Z perspektywy czasu zaczęłam, chociaż zdecydowanie za późno, akceptować fakt, że po prostu…

KM: One chorują.

MI-P: One chorują. Pamiętam jak jeszcze byli mali i moja babcia, którą bardzo kochałam i była mi szalenie bliska, powiedziała mi tak: „Duduś, oni przestaną chorować”. Miałam ochotę powiedzieć wtedy: „Babciu, co ty pierd…”. Naprawdę. A potem, jak przestali chorować, to myślałam sobie (moja babcia już wtedy zmarła) „Babciu, no miałaś rację”.

Ważne jest zauważenie tych etapów, zauważenie, że są takie momenty, kiedy trzeba odpuścić i zadać sobie pytanie, jaką płacę cenę za to, że cisnę. Teraz kiedy bardzo dużo pracuję z kobietami, z przedsiębiorczymi kobietami, z odważnymi kobietami, z kobietami korporacji, to stoję twarzą w twarz, oko w oko z tym zmęczeniem, z tym kosztem, który jako kobiety ponosimy, dlatego że w każdym obszarze życia próbujemy coś komuś udowodnić i być perfekcyjne. I to się da, my udowadniamy, że jesteśmy w stanie zrobić wszystko, tylko po co, dlaczego i jakim kosztem.

Jak dbać o siebie będąc mamą?

KM: Nie wiem, czy przeczytałam to w twojej książce, czy mówiłaś na warsztatach, ale chyba twoja babcia ci też mówiła, że szczęśliwa i zdrowa mama to zdrowy i szczęśliwy dom. Bardzo to zapamiętałam, a także to dbanie o siebie i swoje zdrowie, ale też o swoją psychikę, o ciało. Widzę po sobie bardzo mocno, że jeżeli dbam o to, nawet po kilka minut dziennie – rozciągnę się, skupię na tym, żeby wypić więcej wody, żeby mnie głowa nie bolała – i takie drobne rzeczy zrobię, to już widzę ogromną zmianę, bo wtedy bardzo mało się denerwuję.

MI-P: Te słowa, do których nawiązujesz, są w książce i padły też w wystąpieniu na YouTube, o którym mówiłaś. Brzmią dokładnie: „Duduś, dbaj o siebie” i to są takie słowa, z którymi moja babcia zawsze mnie żegnała, kiedy przyjeżdżałam do niej z dziećmi i ona widziała moje zmęczenie. Wtedy jeszcze nasz syn nie miał diagnozy, że ma zespół Aspergera, ale ona zawsze mówiła mi: „Marta, on jest inny, trudniejszy” i dla mnie to było bezcenne, że chociaż ta jedna osoba, oprócz mojego męża, widziała moje zmagania. Te słowa „Duduś, dbaj o siebie” były o tym, żeby uświadomić sobie, że dobrostan rodziny zależy od dobrostanu matki. To jednak my podejmujemy większość decyzji w domu, to my przyjmujemy na swoje barki ciężar emocji.

I chciałabym to bardzo podkreślić – ciężkie nie jest tylko to, że nosimy zakupy na trzecie piętro, gotujemy obiad i myjemy podłogę. Ciężkie jest to, że to my jesteśmy odpowiedzialne za emocje naszych dzieci, one głównie do nas przychodzą z żalem smutkiem, strachem albo czasami zbyt głośną radością. Jeżeli mamy to wszystko pomieścić w sobie, jako kobiety, to musimy zacząć traktować bardzo poważnie to dbanie o siebie, nie nazywać tego egoizmem albo, jest takie powiedzonko, że „w du… ci się poprzewracało”.

Dbanie o siebie to jest dbanie o to, żeby być żywą i żeby to, czym dzielimy się ze światem, miało smak, wygląd i zapach tego, czym chcemy się dzielić. Jak nie dbamy o to, żeby się chociaż rozprostować, rozciągnąć ciało, jak nie dbamy o to, co jemy, ile się ruszamy, czy pijemy tę wodę czy nie, to w pewnym momencie jesteśmy drażliwe, nerwowe, wybuchowe, czyli to, czym się dzielimy ze światem, nie jest tym, czym byśmy chciały się dzielić.

Czym jest #nażyćsię?

KM: Dokładnie. Chcę też nawiązać do twojej najnowszej książki, bo w niej jest o tym, jak to wszystko zrobić. Niedawno, 9 marca, miała premierę twoja książka „Nażyć się”. Przede wszystkim bardzo ci gratuluję. Jestem w trakcie czytania, ale już teraz mogę powiedzieć, że zgadzam się w stu procentach z recenzją Natalii de Barbaro, że ta książka jest niezwykle mądra i żarliwa. Jak ją czytam, to dotyka we mnie tak wielu ważnych obszarów życia i pokazuje, jak można się nażywać. Wiem, że cała książka jest o tym, więc pewnie ciężko będzie ci ją streścić w kilku zdaniach, ale może mogłabyś podać kilka przykładów, jak w praktyce może wyglądać to nażywanie się, zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym.

MI-P: Zacznę może od definicji tego nażyć. To jest bardzo trudne, żeby streścić w kilku zdaniach coś, o czym napisałam na 320 stronach. Szczerze mówiąc, od dwóch tygodni mam wrażenie, że ciągle na tym polegam, w sensie, że nie wychodzi mi, żeby to streścić. Ale dzisiaj rano usiadłam i przy jodze wpadłam na pomysł streszczenia i potem to spisałam, więc będę sobie zerkać.

Przede wszystkim „Nażyć się” jest o tym, żeby wieść takie życie, w którym jest więcej tego, co nas ożywia, wieść takie życie, w którym czujemy się żywe, a nie tylko spełniające czyjeś oczekiwania, czy spełniające tzw. listy to-do, te listy tego, co mamy zrobić, co jest od nas wymagane. To jest taki sposób patrzenia na swoje życie, że chcę być żywa i chcę zadbać o to, żeby każdy dzień miał w sobie taki moment, kiedy ja się czuję właśnie taka ożywiona, spełniona. 

„Nażyć się” to są takie trzy główne elementy. Po pierwsze emocje – i to jest o tym, żeby świadomie dążyć do tego, co nam daje radość (co w dzisiejszym kontekście wojny w Ukrainie jest trudne), co nam daje spełnienie. Ale też dawać sobie szansę , przestrzeń i zgodę na przeżywanie tych trudniejszych emocji, jak strach, smutek, złość, frustracja, żal, wstyd, których też jest w nas często dużo, bo nasze życie jest takie, jakie jest i wyzwala w nas takie emocje, a my nie zawsze dajemy sobie zgodę, żeby te emocje przeżywać.

Z poziomu potrzeb „Nażyć się” jest o tym, żeby być uważną na swoje potrzeby, uszanować je w końcu, żeby nie traktować siebie w taki sposób, że moje potrzeby nie są ważne, nie są istotne. Po prostu zacząć je uważniać, szanować i zabezpieczać, przynajmniej tak dobrze, jak dbamy o zabezpieczanie potrzeb innych.

Z poziomu wartości „Nażyć się” jest o tym, żeby być wierną temu, co jest dla nas naprawdę ważne, nawet jeśli to wymaga odwagi i ryzykowania, że się komuś nie spodoba.

Jak się nażywać? Oto jest pytanie, bo każda z nas będzie to robić troszeczkę inaczej –możemy się nażywać w domu, w relacjach, w pracy. Może zacznijmy od tej pracy, bo ta perspektywa dzisiaj jest dla nas ważna – zacznę od siebie, bo tak będzie mi najłatwiej odpowiedzieć na to pytanie. Ja się nażywam w pracy, kiedy daję sobie zgodę na to, żeby zajmować się tym, robić to, co mnie interesuje, co jest dla mnie ważne.

I teraz tak robię, ale tych sześć lat temu, kiedy było to nagranie wspomniane na początku, to wtedy jeszcze nie do końca byłam w tej mojej przestrzeni coachingowej, w której jestem teraz. Przeszłam taką przemianę odrzucania tego, co jest ode mnie w pracy oczekiwane, na rzecz tego, co ja chcę realizować.

Ale nażywam się też kiedy mówię swoim głosem, kiedy zabieram głos, kiedy mówię „tak”, „nie” w pracy. Kiedy pracuję z kobietami z korporacji, z organizacji (niekoniecznie mającymi swoje firmy), to one się nażywaja, kiedy mówią: „Tak, chcę się tym zająć, to jest projekt, w którym mogę się sprawdzić, bo mam odpowiednie kompetencje” albo kiedy mówią: „Nie, ja już nie wezmę tego na siebie. Sorry, szefie, ale mam teraz ten projekt, ten projekt i ten projekt, i więcej już nie uniosę”. Nażyć się może wyglądać bardzo różnie, bo ono sprowadza się do takiej uważności na siebie i zadania sobie pytania: „Co jest dla mnie teraz ważne? Czego potrzebuję? Co będzie dla mnie dobre?”, ale dla mnie, nie dla kogoś.

Idealne życie nie istnieje!

KM: Jak tak mówisz o tym, to przychodzi mi do głowy takie pojęcie, jak „zasady organizacyjne w firmie” – coś takiego, czego pilnuję, żeby zadbać o siebie. Wiedziałam, że chcę pracować maksymalnie do godziny szesnastej, a potem już mieć czas dla rodziny, nie odbierałam wtedy telefonów, nie odpisywałam na maile itd. Takie postawienie granicy albo też zorganizowanie sobie pracy – kiedyś planowałam, że w ten dzień robię sprawy marketingowe, w ten dzień sprawy księgowe, a w kolejny jakieś inne. A potem się złapałam na tym, że np. nie mam totalnie ochoty na te sprawy księgowe dzisiaj, no to sobie zamienię i mam taką elastyczność. Może to są drobnostki, ale czuję, że w tym twoim nażywaniu się trochę o to chodzi – że nawet takie drobne rzeczy mogą sprawić, że będziemy bardziej szczęśliwe w życiu.

MI-P: Myślę, że to jest bardzo ważne, co powiedziałaś, Kasiu. Często, jak myślimy o tzw. dobrym, spełnionym życiu, nażywaniu się, czy np. Brené Brown mówi o życiu pełnym sercem, to mamy takie pełne obrazy, takie idealne, idylliczne wręcz, jak to nasze życie będzie wyglądać, zawsze będzie świeciło słońce, od rana będzie grała muzyka, codziennie będę jadła pyszne rzeczy na śniadanie i piła jeszcze lampkę prosecco z pięknego, kryształowego kieliszka…

KM: Z truskawką koniecznie.

MI-P: Ależ oczywiście. I w ogóle będzie codziennie świeciło słońce, tylko że żyjemy w Polsce, gdzie przez połowę roku jest szaro i buro, i jedyne co się świeci, to latarnie. A tak naprawdę nażywanie się, dobre życie, czy życie pełnym sercem, czy zajebiste życie, to jest życie składające się z drobiazgów.

I musimy zacząć dbać najpierw o takie naprawdę tyci drobiazgi i traktować je poważnie, i z odpowiedzialnością i nie zaczynać dnia od scrollowania telefonu (co dla mnie też czasami jest trudne, bo jednak ten telefon leży przy łóżku). Ale zacząć dzień od jogi, pożywnego śniadania i zjedzenia odpowiedniej ilości warzyw, żeby się dobrze czuć (a nie chwycenia batonika na stacji benzynowej, co jest kiepskim śniadaniem).

Książkę napisałam w taki sposób, żeby dać czytelniczkom 986, a może milion pięćset różnych wskazówek na nażywanie się, z takim założeniem, że ty sobie dziewczyno weź zeszycik albo kartkę, albo ostatnie strony książki i wypisuj swoje sposoby na nażywanie się, z taką myślą, że to mogą być naprawdę bardzo drobne rzeczy. To mogą być drobne rzeczy, które w ciągu dnia dają poczucie spełnienia, radości, zadowolenia, ale dają też taką myśl „jestem dla siebie ważna” – zauważam siebie, robię coś świadomie dla siebie, a niekoniecznie płynę w tej wartkiej rzece oczekiwań, schematów, obowiązków i zadań. Właśnie ta myśl, zadawanie sobie pytania „Czy ja chcę dzisiaj się zajmować księgowością? Nie, dzisiaj wolę zająć się czymś innym” – bo mam prawo to zmienić, nic nie muszę, mogę, a nażyć to są właśnie takie momenty wyboru i decydowania zgodnie ze sobą.

Różne drogi – jeden cel

KM: Bardzo mi się podoba, jak mówisz o tym, żeby brać na poważnie te wszystkie drobne nawet rzeczy, żeby to dostrzegać i faktycznie się temu przyglądać, i czerpać z tego jak najwięcej. Zastanawiam się, czy to nażywanie się, według ciebie, to jest jedyna słuszna droga do bycia spełnioną i szczęśliwą? Czy może są jeszcze inne drogi?

MI-P: Na pewno są inne drogi. W książce cytuję mnóstwo kobiet, i mężczyzn też, którzy napisali mądre książki, będące dla mnie wskazówką. Myślę o takiej książce, którą naprawdę kocham i nazywam biblią XXI wieku – to „Wielka księga radości” napisana przez Dalajlamę i Desmonda Tutu, który też jest kapłanem (nie buddyzmu, jak Dalajlama, ale bliżej Kościoła katolickiego) i jeszcze jednego naukowca, Abramsa chyba. Ta książka też jest o tym, jak żyć dobrze we współczesnym świecie. Badania Brené Brown są o tym, jak żyć dobrze we współczesnym świecie. Jest też cudowna i dla mnie bardzo wartościowa książka „Piękne życie” Shauny Niequist, amerykańskiej autorki.

Możemy wybrać różną drogę. Zostałam zaproszona przez wydawnictwo do napisania książki o nażywaniu się, dlatego że przy innych projektach, których byłam recenzentką, wydawnictwo poznało mnie na tyle blisko, że mieli zaufanie do tego, że taką książkę o dobrym życiu może napisać Polka…

KM: O, to ciekawe.

MI-P: Kobieta, która żyje tutaj. Jest dużo książek, ale autorek zza oceanu. Bardzo chcieli, żeby taką książkę o dobrym życiu napisała Polka, kobieta, która będzie miała odwagę odsłonić siebie i swoje niedoskonałości i potknięcia, też w kontekście bycia mamą.

Bo w Polsce bycie mamą to jest niemalże świętość – musimy być idealne, mamy być matkami Polkami. Ja jeszcze jestem Polkowska – matka Polka Polkowska – brzmi zajebiście. Moje wydawnictwo jeszcze na etapie rozmów, jaka ta książka ma być itd., powiedziało jasno: „Marta, ty stoisz mocno na ziemi, a nawet wielokrotnie na tej ziemi leżałaś, i to jest taka perspektywa, której potrzebują kobiety, żeby zobaczyć, że nie tylko one leżą, nie tylko one upadają”. Tak, że można upaść i można wstać, ja dzisiaj stoję, ale wielokrotnie leżałam, więc pod tym względem czuję, że moja książka może być wyjątkowa, jakkolwiek szanuję inne książki o dobrym życiu i chętnie je czytam, podziwiam, cytuję hojnie, bo bibliografia do mojej książki liczy 78 pozycji, przy czym niektóre są cytowane po kilka razy. Naprawdę uznaję inne autorytety, bardzo je szanuję i doceniam. Dróg jest wiele, ja opisałam swoją.

Od czego zacząć nażywanie się?

KM: Też tak czuję, że tych dróg jest wiele, każdy może wybrać swoją. Ty proponujesz taką, żeby w taki sposób potraktować swoje życie, to nażywanie się, i to jest bardzo cenne. A powiedz, gdyby któraś ze słuchających nas teraz kobiet chciała zacząć się nażywać, to od czego w ogóle mogłaby zacząć. 

MI-P: Zawsze w takim momencie mówię: „Nie mówię, że ma zacząć od kupienia książki”. Kupić to nie znaczy czytać. Często się powtarzam, jak słyszę to pytanie, ale myślę, że to jest najlepsza droga – zachęciłabym taką kobietę do tego, żeby zamknęła oczy, poszukała wygodnej, komfortowej pozycji, położyła rękę na sercu, najlepiej tak, żeby dotknąć ciała, jeśli to jest możliwe wsunąć dłoń pod bluzkę i dotknąć ciała, serca, poczuć, jak ono bije i kiedy już tak się kobieta osadzi, ugruntuje w swoim ciele i da sobie chwilę ciszy, spokoju, to zachęcam do zadania sobie takich pytań: „Kiedy ostatnio czułam się żywa? Co wtedy robiłam? Jakie to było uczucie? Kiedy ostatnio zadbałam o swoje ciało i swoje podstawowe potrzeby, jak to było, jakie to było uczucie? Kiedy ostatnio czułam, że jestem spójna ze sobą, byłam wierna sobie, temu, co jest naprawdę dla mnie ważne, i jak to było, jak to wyglądało? Co sprawiło, że miałam wtedy do tego odwagę? A co jest teraz, czy w ogóle sobie daję na to wszystko przestrzeń”.

Jestem przekonana, że przy chwili refleksji pojawią się w kobiecie konkretne obrazy i tęsknoty, może za czymś, czego dawno nie było w życiu. Chciałabym, żeby sobie wtedy kobieta zadała pytanie „Dlaczego ja nie robię tego wszystkiego? Dlaczego nie jestem dla siebie ważna? Co takiego sprawia, że ja ciągle wybieram innych czy inne wartości niż to, co jest moje”. Nie chodzi o to, żeby obarczać się jakimś poczuciem winy, to jest ostatnia rzecz, tylko żeby bardziej zrozumieć mechanizm – co sprawia, że się nie nażywam, że tak bardzo chcę, ale się nie nażywam, dlaczego to jest dla mnie – dla mnie jako Kasi, Marty, Basi, Zosi – trudne. I od tego trzeba zacząć.

W książce są takie dwa zdania, które się często powtarzają. Pierwsze to są pytania: „Co ja lubię? Czego potrzebuję? Co mnie karmi, co mnie wzmacnia?” i warto sobie te pytania zadawać każdego dnia. Drugie zdanie to jest dawanie sobie prawa do sprawdzania, testowania – to ja może dzisiaj się nażyję tak, a może jutro się nażyję tak, zobaczmy, jak to wychodzi, co tu się wokół tego dzieje. Nażyć się wymaga dużo takiej chęci do sprawdzania.

KM: To też mocno we mnie rezonuje, bo przeczytałam te zdania (faktycznie cały czas się pojawia to sprawdzanie) i tak myślę, że to jest cholernie trudne to sprawdzanie. Często boimy się wchodzić w nowe rzeczy, bo jest nam wygodnie, bo już sobie coś tam wypracowałyśmy jakiś system, jakąś drogę, jakoś ta relacja z bliskimi się układa, jakoś ta nasza praca zawodowa się układa. I nagle teraz mam siąść, zastanowić się, a jak mi przyjdzie do głowy szalona myśl, którą chciałabym zrealizować, no to co mam z nią zrobić. Jest taka trochę obawa, sama tego doświadczyłam, że często już miałam poukładane jakieś procesy, jakieś rzeczy, nawet w firmie, zawodowo i nagle siadałam sobie i myślałam „No nie, nie chcę tak” i o 180 stopni musiałam powywracać wszystko, zmienić, zrezygnować z jakiejś współpracy, zrezygnować z projektu, bo jednak nie chciałam w to iść. I dla mnie to było naprawdę bardzo trudne. Ale testowanie ma też bardzo dużo plusów.

MI-P: W ogóle nie ma innej drogi do poznania siebie, zmiany i wypracowania czegoś nowego, odkrycia czegoś nowego, niż sprawdzanie. Tutaj zawsze będę polecać jakąkolwiek biografię Marii Curie-Skłodowskiej. Ile ona testowała i sprawdzała, zanim odkryła to, co odkryła i dostała dwa Noble. To jest dla mnie taka mentorka sprawdzania i testowania.

Ale tak, to jest cholernie trudne, bo żyjemy w takich czasach, że mamy wkręcone, że wszystko nam musi wychodzić od razu, za pierwszym razem i jeszcze perfekcyjnie. Nie dajemy sobie takiego mentalnego prawa do tego, żeby nam nie wyszło, żeby uznać, że to był czas, no można powiedzieć stracony, ale tak naprawdę on nie był stracony, bo dowiedziałam się, że np. to mnie nie nażywa, że to nie jest moje, że to mi wcale nie daje prawdy.

Podam taki przykład – poszłam na masaż lomi lomi – i to kompletnie nie jest mój typ masażu, wolę inne, już to wiem, ale co, mam sobie teraz wmawiać, że wydałam 200 złotych i zmarnowałam czas – nie, ja już to wiem. Warto dawać sobie prawo do tego, żeby raz wyszło, raz nie wyszło, raz wyszło gorzej, żeby się dowiadywać, że czegoś nie lubię, to nie jest moje, próbowałam, ale trudno, idę inną drogą.

I dlatego ta książka ma 320 stron, a nie trzy, bo nażywanie się to nie jest tylko powiedzenie „Hej, ja się nażyję”, tylko zmiana ogromnej ilości różnych naszych schematów, przekonań w głowie na temat tego, co wypada, co nie wypada. Jeszcze jedną rzecz tutaj trzeba powiedzieć – ta książka jest też o dawaniu sobie zgody na to, żeby zmienić zdanie.

KM: O, to jest ważne.

MI-P: Nażyć się powstało w 2015 roku – wtedy pojawił się mój pierwszy wpis o nażyć. Mamy 2022, mija siedem lat i ja przez ten czas naprawdę zmieniłam sposoby nażywania się, odkrywam ciągle nowe, pewne rzeczy służyły mi, kiedy miałam trzydzieści parę lat, inne rzeczy służą mi teraz, kiedy za chwilę będę miała czterdzieści jeden. Czy to znaczy, że coś jest ze mną nie tak? Nie, ja jestem człowiekiem. I właśnie to sprawdzanie daje szanse na to, żeby ciągle się o sobie uczyć, ale też dawać sobie przy okazji zgodę na to, żeby oduczać się pewnych rzeczy, uczyć nowych i się zmieniać. 

„Co i komu próbuję udowodnić”, balansując pomiędzy pracą a życiem osobistym, a macierzyństwem?

KM: Westchnęłam, bo to naprawdę jest takie mocne, bo niechętnie podchodzimy do tych zmian, one są trudne, mamy dużo oporu wobec nich, ale tak jak powiedziałaś, one są konieczne, żebyśmy w pełni się nażywały. Też się bardzo z tym zgadzam.

Już tak na koniec, lądując powoli z naszą rozmową, chciałabym cię, Marta, zapytać o taką jedną myśl, z którą chciałabyś zostawić kobiety, które wciąż szukają tego balansu między pracą a macierzyństwem, bo wiem, że sporo takich osób słucha mojego podcastu. Może miałabyś tutaj coś do przemycenia dla nich.

MI-P: Balansuję między dwiema myślami, o których też piszę w książce. Pierwsza jest o tym, żeby zadać sobie pytanie „Co i komu próbuję udowodnić”, balansując pomiędzy pracą a życiem osobistym, a macierzyństwem. Czy w tym, jak podchodzę do tej pracy i macierzyństwa, nie jest przypadkiem zaszyte przekonanie, że coś, komuś muszę udowodnić – co to jest, komu, dlaczego to, dlaczego tej osobie i jak to na mnie wpływa, że ja ciągle coś udowadniam.

Ci, którzy tak z zewnątrz patrzą na mnie, to powiedzieliby „Polkowska zawsze dużo pracowała” – jestem taką kobietą z silniczkiem w du…, lubię jak się dzieje, lubię robić różne rzeczy z różnymi ludźmi – to mnie inspiruje. Moja pierwsza książka była o ocenie kompetencji zawodowych metodą assessment i development center, tylko nikt o tym na szczęście nie wie. Kiedyś myślałam, że muszę się zajmować oceną, żeby być uważana za ekspertkę, za osobę profesjonalną – ocena kompetencji to jest taki poważny temat, to się mieści w tabelkach, wykresach i zawsze się do tego nosi garsonkę i eleganckie buty. I wtedy dużo pracowałam, tylko wybierałam rzeczy, które nie były moje, bo coś próbowałam komuś udowodnić – mój mąż by o tym napisał doktorat, co ja wtedy próbowałam komu udowodnić.

A dzisiaj czuję, że pracuję dużo, ale już nie udowadniam albo jak udowadniam, to tak znacznie mniej (bo jednak wszyscy się w to wkręcamy trochę). Zadanie sobie pytania „Co i komu próbuję udowodnić, jak to na mnie wpływa, dlaczego tej osobie, dlaczego właśnie to, jak ja się w ogóle z tym czuję”, poszukanie prawdy o sobie w tym pytaniu – to byłaby taka pierwsza wskazówka.

A druga byłaby o tzw. listach to-do, których robimy sobie dużo, każdego dnia, ja też, i chciałabym, żeby kobieta, która słucha tego odcinka, spojrzała na swoją dzisiejszą czy wczorajszą listę to-do i się zastanowiła. Po pierwsze, czy to fakt, że nie zrobiła dużo, bo to jest często takie poczucie u kobiet, które prowadzą biznesy – nie zrobiłam dużo, nie zrobiłam wszystkiego, miałam jeszcze to w planach. Może to, że ta kobieta nie zrobiła dużo, jest pochodną tego, że nie umie stawiać granic.

Czasami jesteśmy zbyt miłe dla innych i za dużo bierzemy na siebie, chętnie bierzemy wszystko, a potem nie starcza nam na to, co jest dla nas ważne. A może jest tak, że życie tej kobiety jest pełne rzeczy, które są spoza listy. Tak jak było w moim życiu, że miałam absorbujące dzieci, syna z wyzwaniami, byłam z tym wszystkim sama i często patrzyłam na swoją listę to-do i myślałam „No, Polkowska, nic nie zrobiłaś”. Tylko że od szóstej rano do dwudziestej czwartej byłam na nogach i cały czas zapierdzielałam, bo życie, dzieci, macierzyństwo były tak angażujące. Chociaż nikt nie był mi w stanie w to uwierzyć, oprócz mojego męża, babci i w pewnym momencie jeszcze niani, cudownej pani Ewy, która się pojawiła w naszym życiu zdecydowanie za późno.

Warto się temu poprzyglądać – może robię wszystko, żeby balansować między tą pracą a macierzyństwem, może to macierzyństwo jest bardzo angażujące i trudne i nie ma co się z tym szarpać, nie ma co się kopać z koniem, tylko to zaakceptować i dać sobie prawo, że na tym etapie mojego życia po prostu robię tyle, ile robię i na więcej już nie starczy czasu i przestrzeni.

A jeżeli robisz tyle, ile robisz, to droga kobieto – pochwal się za to, doceń się za to, uwolnij się od tego wiecznego poczucia winy, które nas dotyka, że ciągle jest za mało – nie, nie, doceń to, co już robisz – to jest naprawdę ogromne, wielkie, ważne. A jeśli chodzi o relacje z naszymi dziećmi, to często nikt inny tego za nas nie zrobi – jesteśmy tą jedyną osobą na świecie, która jest w stanie pewne emocje w naszych dzieciach ogarnąć i to jest cholernie ważna praca, klienci przy tym, z całym szacunkiem i miłością (bo ty, Kasiu, też byłaś i jesteś moją klientką), zawsze będą mniej ważni niż ja i moi synowie.

Podsumowanie

KM: Tym będziemy kończyć naszą rozmowę, ale bardzo ci dziękuję, Marta, za wszystko, co powiedziałaś. Pewnie każda kobieta wyciągnie z tej rozmowy coś dla siebie. Powiedz jeszcze na koniec, gdzie można cię znaleźć i gdzie poczytać więcej, posłuchać albo gdzie chciałabyś przekierować nasze słuchaczki lub słuchaczy.

MI-P: Teraz mogę powiedzieć, że jestem jak ośmiornica, jestem wszędzie. Najłatwiej znaleźć mnie na stronie internetowej ww.manufakturarozwoju.pl, jestem też na Instagramie jako @marta.iwanowska.polkowska i tam też znajdziecie najbardziej aktualne informacje na temat tego, co się u mnie dzieje. Możecie też poszukać mojego podcastu, w którym zresztą wystąpiła Kasia i rozmawiałyśmy o marce – mój podcast się nazywa „Urzeczywistnij swoje ja” – bardzo polecam.

Można mnie też znaleźć poprzez książkę, jak rzucicie np. w Empiku hasło „Nażyć się”, to na pewno się moja książka pojawi, oczywiście w innych księgarniach też można ją znaleźć.

KM: Na pewno nie pomylicie się, to chyba jedyna książka o takim tytule, takiej okładce, pięknie wydana.

Jeszcze raz bardzo ci dziękuję za tę rozmowę i do usłyszenia.

MI-P: Do usłyszenia. Też bardzo dziękuję i nażywajcie się wspaniałe kobiety.

KM: Dzięki, cześć!

PS

W odcinku wspominamy o:

1. Książce “Nażyć się” autorstwa Marty Iwanowskiej-Polkowskiej
2. Książce „Wielka księga radości” autorstwa Dalajlamy i Desmonda Tutu
3. Książce „Piękne życie” autorstwa Shauny Niequist
4. Badaniach Brené Brown

Miejsca, gdzie możesz znaleźć Martę:

– na Facebooku pod nazwą „Marta Iwanowska-Polkowska :: Manufaktura Rozwoju”,
– na Instagramie pod nazwą „marta.iwanowska.polkowska”,
– na stronie www: manufakturarozwoju.pl
– w podcaście „Urzeczywistnij swoje JA”

Do usłyszenia! 🙂

PS. Jeśli chcesz sprawdzić, jak silna jest Twoja marka, koniecznie zerknij na mój darmowy e-book “10 składników silnej marki”. Znajdziesz tam wskazówki i proste ćwiczenia, które pomogą Ci wzmocnić siłę Twojej marki i tym samym wybić się na tle konkurencji!